„— Dosyć! Dosyć! Dosyć! — wrzasnęła panna Moody — ona, która nacierała je przecież co wieczór beznamiętnie, zupełnie jak naciera się masłem kurczęta, zanim się je wsunie do
pieca. Panna Lizzie bez wahania wymierzyła jej sążnisty policzek.
— Nie dotykajcie jej!
Albowiem dziewczęta coraz ciaśniejszym kręgiem otaczały stół.
— Jeżeli umrze, to ja na pewno dostanę jej zimowy płaszcz — ucieszyła się Genewa.
— Cicho, sierotko.
— No co, żyje ta Easter czy nie
— Stul pysk — powiedział harcerz zdyszanym głosem i spojrzał na Genewę. — Jak będę miał coś do powiedzenia, to dam ci znać.
Murzyński pies znowu zaczął ujadać. Ujadał właściwie od pewnego czasu.
— Co znowu
— Jakiś facet. Aha, to Ran MacLain!
— Tylko jego tu brakowało.
Podszedł bliżej. Na głowie miał cyklistówkę.
— Wynoś się zaraz, Ran! — zawołała panna Lizzie. — Nie potrzeba ciebie tutaj. Nie potrzeba nam psów, strzelb ani myśliwych. Mamy i bez tego dosyć kłopotów.
Tupnęła nogą na znak, że nie życzy sobie, żeby stawiał pytania, właził na stół, a nawet odchodził, skoro się już zjawił. Ran MacLain spojrzał spode łba, a raczej spod daszka cyklistówki, na stół, na Easter i Locha. Miał lat dwadzieścia trzy i znał życie. Trudno było zapobiec temu, żeby się zorientował w sytuacji. Stanął w cieniu drzewa, wsunął strzelbę pod pachę, spuścił swoje dwa psy ze smyczy i niemal niedostrzegalnie żuł gumę. Jedna panna Moody nie odsunęła się od niego.“(7)
koniecpol |tajemniczy klient |PageRank - DVKO