„— Uniwersalna kuchenka traperska — wytłumaczył nie bez dumy w głosie. — Ostatnia nowość. Można złożyć inaczej, a wówczas powstanie rożen do pieczenia. Dobre, co
Kiedy woda poczęła wrzeć, wsypano do garnka mieloną kawę, a jej zapach od razu przypomniał Karolowi, że nie miał nic w ustach od wczesnego śniadania spożytego jeszcze w kolejowym wagonie. Poczuł okropny głód. Wydobył z wnętrza wozu swój pękaty tobołek, w którym znajdowały się dwie szczelnie zamknięte puszki pemikanu, nabyte jeszcze w Chicago za słone pieniądze, puszka kawy, nieco soli i cukru. Resztę miejsca zajmował rondelek, mocno zwinięty koc oraz kilka pudełek nabojów. Przydźwigał to wszystko w pobliże ognia nie wiedząc, że przez cały czas obserwują go oczy Samuela Hearta. Kiedy rozsupłał sznur worka, usłyszał
—Zostaw to na gorsze godziny. Siadaj i cze
twój woreczek, żebyś nie wiem jak w nim upchał, starczy zaledwie na tydzień. Na coś liczył
— Na swoją strzelbę. Mówiono mi, że im dalej na północny zachód, tym więcej zwierzyny.
— Prawda, słyszałem o tym i ja. Ale te tereny leżą dopiero za rzeką Cheyenne. Nie ma ona nic wspólnego z tym miastem, które opuś
railiśmy. Wiesz, którędy ona płynie
—Nie — wyznał Karol szczerze.“(11)